Męłżon mój,co wieczór,dzierżąc pilota w ręku narzeka,że niczego godnego uwagi w tv nie ma....A ja się pytam po co mu te reżyserowane filmy i programy,podczas gdy w zasięgu wzroku ma super widok live?Bo mój falujący brzuszek potrafi dostarczyć tyle emocji i zabawy,że niejeden nagrodzony oskarami film nie jest w stanie mu dorównać.Już nie mówię o stronie namacalnej całej tej sprawy...Co tam 3 D!W zaciszu naszego kina można zobaczyć dotknąć i przeżyć najlepszą przygodę.Czytuje w internecie i słysze czasami,że za tym brzuszkiem będzie się tęsknić.Nie...dla mnie nie potrzeba wyobraźni aby poczuć tę tęsknotę.Już wiem jak to będzie...Nawet teraz,gdy jeszcze widzę te wybrzuszenia,wypychającą się nóżkę czy plecki i czuje ogromne napięcie łaczące się z niemałym bólem,to wiem że za tym będę tęsknić.Nawet uczucie bolesnego kłocia,które w tej chwili odczuwam w rejonach swojej szyjki macicy nie są w stanie zmienić mojego podejścia.Uwielbiam być w ciąży.Czeste zaparcia i kłopoty podczas wizyty w wc też mnie nie zniechęcają.Slimacze tempo jakiego nabrało moje ciało,dziwne kształty które odbijają się w lustrze,przeciążenie,które spać nie daje...wszystko jest do zniesienia a wręcz fajne,bo przypomina o cudzie którego doświadczam.
Nie spieszy mi się do porodu,mogłabym ponosić jeszcze z pół roku swojego ruchliwego szkraba w brzuchu.Tymczasem zostały niecałe dwa miesiące.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
poniedziałek, 19 maja 2014
Przeprosiny
Ja bardzo przepraszam,że dzisiaj będzie tak inaczej i nie po mojemu...
No nie będe narzekać.Bo niby na co...?Nie żeby jakiś cud się stał i nagle zapłoneła miłość między nami ( ja+tesciowa) tylko po prostu,najzwyczajniej nie zawracam sobie tym głowy.
Są lepsze sprawy aby zawiescić oko,ucho czy wszystkie zmysły.
Swieci słońce,pachnie trawa po deszczu,czuć pobliski lad,brzucho podskakuje w rytmach mojej córek,cycki rosną,mieszczę się w swój panieński wylaszczony rozmiar,tylko poprawka na brzuszek jest,wiec ciuszki nowe zakupuje...
Mężon ma wolne weekendy od pracy,wiec i robota w chałupie się posuwa do przodu i zadowolony taki.I od brzuszka trudno mu się odkleić..mówi że kocha to co w środku i na zewnątrz jego.Czyli mnie między innymi a ja nie mam powodów aby wątpić.I w ogóle tak fajnie jest...Często przyglądam się sobie w lustrze,bo mówi,że pięknieje i sprawdzam czy to jeszcze ja.I nowy kolor na paznokciach zauważa,mimo tego,że różnica między tym zmytym pink a nową fuksją jest naprawdę nieznaczna.Za wózkiem ze mną lata i do szkoły rodzenia wozi.
Ta ciąża mogłaby trwać dłużej niż 9 miesięcy...
No nie będe narzekać.Bo niby na co...?Nie żeby jakiś cud się stał i nagle zapłoneła miłość między nami ( ja+tesciowa) tylko po prostu,najzwyczajniej nie zawracam sobie tym głowy.
Są lepsze sprawy aby zawiescić oko,ucho czy wszystkie zmysły.
Swieci słońce,pachnie trawa po deszczu,czuć pobliski lad,brzucho podskakuje w rytmach mojej córek,cycki rosną,mieszczę się w swój panieński wylaszczony rozmiar,tylko poprawka na brzuszek jest,wiec ciuszki nowe zakupuje...
Mężon ma wolne weekendy od pracy,wiec i robota w chałupie się posuwa do przodu i zadowolony taki.I od brzuszka trudno mu się odkleić..mówi że kocha to co w środku i na zewnątrz jego.Czyli mnie między innymi a ja nie mam powodów aby wątpić.I w ogóle tak fajnie jest...Często przyglądam się sobie w lustrze,bo mówi,że pięknieje i sprawdzam czy to jeszcze ja.I nowy kolor na paznokciach zauważa,mimo tego,że różnica między tym zmytym pink a nową fuksją jest naprawdę nieznaczna.Za wózkiem ze mną lata i do szkoły rodzenia wozi.
Ta ciąża mogłaby trwać dłużej niż 9 miesięcy...
sobota, 26 kwietnia 2014
Bez przesady
Stało się
najgorsze co mogło…Jestem uziemiona.Córek,nieświadoma tego co ją czeka po tej
stronie,co raz częściej przejawia chęci przyjścia na świat.Wobec tego była
panika,szpital,opanowanie sytuacji,nakaz odpoczynku i skazanie na łóżko.No
dobra,mam w pokoju jeszcze dwie pufki do siedzenia.I tak mój świat ograniczył
się do dwunastu metrów kwadratowych.Dało by się to jakoś znieść gdyby nie
świadomość,że za ścianą teściowa…gdyby nie jej piskliwy głos dochodzący zza
drzwi i na siłę przenikający do uszu.Mimo woli.Nie padło by ani jedno słowo
skargi z moich ust gdyby nie jej obecność…Bo już doszło do tego,że wcale nie
musi okazywac mi swojej fałszywej osoby,nie trzeba wdać się z nią w
rozmowe,niekoniecznie musi kłamac w żywe oczy,abym czuła się u kresu
wytrzymałośći.Tak,przeszkadza mi jej obecność.Mało tego świadomość,że w ogóle
istnieje.A reszta domowników tańczy jak ona zagra…i mężon mój
też.Zachwycony,pełen podziwu i wdzięcznośći mamusi za to jak dba o swoją synową
i wnuczkę.Bo Fałsz to jej drugie imie i przy ślubnym traktuje mnie niemal z
namaszczeniem.Mam zakaz wykonywania jakichkolwiek prac domowych…ale tylko po
piętnastej,bo po tej godzinie istnieje ryzyko,że w akcji zobaczy mnie małżon i
padnie teza,że teściowa mnie we wszystkim wyręcza.A w godzinach dopołudniowych
to mogę szaleć …o nieumytych w tym roku na świętach oknach mowa była co pół
godziny…Skończyło się na gadaniu,bo jedyne co mogłam zrobić to połakomić się na
to w naszym pokoju.A,że jej plan niewypalił to poskarżyła się przy świątecznym
stole…że ona biedna czasu nie miała w tym roku żeby chociaż okna ogarnąć,bo
przecież tyle ma zajęcia przy dzieciach.Hahaaa…No właśnie tak zareagowałą część
rodziny…bo mówiąc dzieci miała na myśli swoją trzydziestoletnią córkę,syna i
mnie żonę jego.Ale za to jak zadbała o córkę swą rodzoną!Nakazała mężowi
swojemu obciąć dziecku paznokcie u nóg.I tak oto byłam świadkiem jak ojciec
robi pedikiur swojej trzydziestoletniej larwie.Nie kolorem nie trzasnął…a miałam
zaproponować,bo mam duży wybór fajnych lakierów. A w wielkanocny poranek Marzenka wrosła w futrynę
gościnnego pokoju.Zbieraliśmy się do uroczystego śniadania…larwa przybyła jako
ostatnia i wolne miejsce było tylko koło mnie.Jej konsternacja trwała tak z
piętnaście sekund,po czym obruciła się i wycofała do swojego pokoju.Mamusia za
nią w te pędy i prosiła aby tamta uraczyła nas swoją obecnością..Maiłam wstać i
poprosić mężona o zamianę miejscami,ale on wyczytał to z mojej twarzy i surowym
spojrzeniem dał znac,ze nie ma mowy.Marzenka się zlitowała i okazała swoje miłosierdzie,siadając
z wielkim westchnieniem po mojej
prawicy.Teściowa popisała się w lany
poniedziałek…Byliśmy u famili na obiedzie i jako,że z niektórymi członkami
wcześniej się nie znałam to osoba moja
wzbudziła zainteresowanie.Może poniekąd też z grzecznośći zadawano tyle pytań i
mile mnie adorowano przy stole.Rodzina teścia bardzo przypadła mi do gustu…poczucie
humoru mojego pokroju i dawno się tak nie uśmiałam i postanowiłam to głośno
powiedzieć,dziękując za zaproszenie,miłą atmosferę i dodając,że w wielką przyjemnością
się odwdzięcze zapraszając ich jak będziemy już na swoim.Po czułym pożegnaniu
zapakowaliśmy się z teściami do samochodu i całą powrotną drogę,czyli
czterdzieści kilometrów w korku,słuchaliśmy
jak teściowa nadaje na matkę swojego męża,jego braci,siostrę,ich dzieci
i w ogóle przeklina całe pokolenia!Dowiedzieliśmy się też jak nieudane były
potrawy na świątecznym stole,które w zadziwiającym tempie znikały z jej
talerza,tego,jakim nieudacznikiem jest szwagierka jej i jak teściowa zatruła
jej życie.Podsumowała tekstem,że wie,jak to jest mieć zła teściową i dlatego
też stara się być jak najlepszą.To już nie chcę wiedzieć co by było bez tych zapędów ku dobremu…Były
chwile,że niebezpiecznym manewrem chciłam doprowadzić do wypadku,bo tylko to
sprawiłoby aby się zamknęła!Ale zapanowałam nad emocjami i logika zwyciężyła.Jednym
słowem przedawkowała mi się jej osoba,szkoda,że nie ma możliwośći pójść na
odwyk.Modlę się o utrzymanie się ładnej pogody.Dzięki temu zabiera
dziecko,czyli Marzenkę,na codzienne spacery i nie ma ich w domu tak od godziny
do dwóch.Jakiż to luksus!Tyle,że dzisiaj widzę za oknem szare tło…nie wiem czy los podaruje mi kolejny prezent, i wypchnie słonko zza chmur kusząc je do spaceru…
Grzecznie łykam leki,nie nadwyrężam się,poleguje i robię wszystko w zwolnionym tempie.Na uwadze mam przede wszystkim dobro swojego maleństwa,ale także nadzieję,że ten stan szybko minie i będę mogła swobodnie wyjść z domu.Jak na złość,sytuacja z budową się komplikuje,co oznacza pewne opóźnienia i nasza przeprowadzka rozmywa się na horyzoncie...
Taka fata morgana.
czwartek, 17 kwietnia 2014
Napedzona złością
Chyba sama siebie
oszukuje,wciąż szukając usprawiedliwień dla teściowej…
Ta cicha wojna
która między nami kiedyś wybuchła trwa i
trwa..Zrobiła się taka podchodowa.
Więcej winy widze
we mnie.Tak.Po pierwsze,bo ustawiam się zawsze w pozycji ofiary,z góry zakładam
swoją przegraną.Zamiast atakować to czekam na ciosy a potem bronię się
wszelkimi siłami,które szybko mnie opuszczają.I poddaje się.Po drugie,bo nie
jestem osobą złośliwą..nauczona grzecznośći i pokory daje fory teściowej..w
końcu jest starsza,matka mężona mego i na dodatek na własnych włośćiach.Po
trzecie,bo żywicielką moją jest i to od jej wspaniałomyślnośći,dobrej woli i
gestu zalezy moje śniadanie,spokojna noc i ciepła kąpiel.Po czwarte,bo nie chcę
dodawać oliwy do ognia, non stop się gryźć i stawiać mężona między młotem a kowadłem.Po
piąte i co najgorsze...jest to moim przekleństwem i zmorą.Potrafię wybaczać.Oczywiście
wszystkim,tylko nie sobie,ale to nie ta bajka…Tamta doskonale zdaje sobie z
tego sprawę i idealnie wykorzystuje swoją pozycje,tak samo jak moją życzliwość
i słabośći.Co na to mężon?No…jego też umiem usprawiedliwić!Bo to matka jego i
nawet jak się z nią do końca nie zgadza,to dla świętego spokoju przyznaje jej
racje.Bo przeciez dzięki niej mamy co jeść,dach nad głową i opierunek.Bo nigdy
nie wiadomo jak się los potoczy i czy jeszcze nie pójdziemy w jej łaskę.Wydaje
mi się ,że pół litra i godzina sam na sam z teściem wystarczyłyby,abym usłyszała fajne
ciekawostki.Na co dzień na krótkiej smyczy uwiązany i boji się nawet
zaskomleć,ale czuje,że ma ochotę szczekać i gryźć.Słyszałam od siostrzenicy
teściowej niepochlebne historie…jej bratowa,która mieszka dwa bloki dalej też
trzyma się na dystans.Z rodziną swojego męża to zero kontaktów.Z sąsiadami
na wymuszone „dzień dobry”
jest,koleżanek nie ma i nawet się tym chwali.
Prawdziwe,choć
nieładne naświetlanie teściowej nie pomogło…Wciąż widzę winę przede wszystkim w sobie...gdybym mogła wygarnąć jej z
pewnością by mi ulżyło.Tymczasem trzeba się męczyć,z nią i samą sobą,jeszcze te
kilka miesięcy.
Na początku postu
piszę o oszukiwaniu samej siebie…muszę.Nie znajduje innego rozwiązania jak
usprawiedliwienia dla jej poczynań aby jakoś łagodzić sytuacje.Tym samym jednak
wielką krzywdę wyrządzam samej sobie...ustępując na każdym kroku i wycofując się,robie miejsce
na jej kolejny wredny występek.
I tak się napędza
to błędne koło.
środa, 2 kwietnia 2014
Wczesnoporanne bredzenie
Trudno jest
obiektywnie przedstawiać swoją prawdę.Czasami wydaje mi się,że przesadzam,a
innym razem,że jest naprawdę gorzej od tego niż przedstawiam.Obawiam się,że moje
podejście często ma uwarunkowanie hormonalne albo nastrojowe,więc ta prawda
eskaluje gdzieś w jedną i w drugą
stronę.Są też takie dni jak dzisiaj..wyciszenia.Mimo licznych zmartwień budze
się rano jako tabula rasa i jest nowy begining.Niech wszystko dzieje się na
nowo a co było a nie jest nie piszę się w rejestr.I własnie takie dzionki lubię
najbardziej.Niebo ma kolor świtu,ale niebawem zakoloruje je pomarańczowa łuna
słońca.Mimo ciężkiej nocy czuję się wyspana i wypoczęta.Córek kopała i
dokazywała,ale i tak ją przechytrzyłam i udało mi się pospać na raty.A mąż
przytulał i gdy wychodził do pracy poczęstował tradycyjnym buziakiem.
Młodej żonie bywa
ciężko zrozumieć pewne sprawy.Mnie zupełnie niedawno udało się przekonać do
słów,że powinniśmy z mezonem strzelac do jednej bramki.Niby takie oczywiste a
jednak nie chciałam się temu poddać.Bo ja taki chojrak życiowy jestem.Zawsze
pod prąd!No i okazuje się,że jeśli ma być wyjątek od tej zasady to
niekoniecznie musze nim być ja.Bo odkąd celuję do tej samej bramki co
ślubny,nie wazne czy właściwej,to jest lepiej.To znaczy wygrywam..ba bije na
głowę teściową,szwagierkę i wszelkie inne stworzenia biorące jakiś udział w
naszym życiu.Nie,nie naginam przy tym własnych zasad…Postępuje ostrożnie i
metodycznie.Tyle,że ta wygrana to nie jest efekt jakiejś walki,bo ta skończyła
się z chwilą gdy w pewnej sprawie stanęłam murem za mężem a On przy najbliższej
okazji poparł mnie każdym argumentem jaki przyszedł mu na język.Niekoniecznie
trafionym.Ale liczy się może nawet bardziej niż taki mocny as.Bo przecież skoro
syn tak obstaje za żoną,nawet za cenę posądzenia go o głupote,to chyba łatwo
nie będzie wyperswadować mu,że nie ma racji.Poza tym chyba czas na to,aby
wszyscy zrozumieli,że tu o rację nie chodzi.My po prostu dojrzeliśmy do
tego,aby budować nasze terytorium.My.Państwo X.Ja,meżon i córek.I wara temu kto
chciałby wtargnąć w nasz świat z niecnymi zamiarami.
sobota, 15 marca 2014
Układ nieidealny
Co prawda jesteśmy młodym małżeństwem,ale nasz staż
związkowy zbliża się do okrągłej dziesiątki.
Różnie było przez tą dekadę lat między nami.Ale jest
zupełnie normalnym na przestrzeni tylu lat poznać wszelkie smaki relacji damsko
męskich,zarówne te gorzkie jak i te słodkie,wysublimowane i odstraszająco
typowe.
Mężon mój wychowany został przez rodziców nadopiekuńczych.Pępowina
po dzień dzisiejszy nie została całkowicie odcięta.Być może taka jest rola
matki i nie ma nic przesadnego w relacjach syna i jego rodzicielki,ale ja
wychowana w zupełnie innej rodzinie mam odmienne spojrzenie.Nas mama miała
kilkoro.Nie było warunków na rozpieszczanie się nad dziatwą.Oboje rodzice dużo
czasu spędzali w pracy aby nakarmić gromadkę.Zajmowaliśmy się sami sobą a ja
jako najmłodsza byłam uprzywilejowana.Ale nawet to nie dało mi luksusu
pieszczot i poczucia,że jestem kochana.Nie zaznałam matczynej troski,nie
odczułam ojcowskiego ciepła.A rodzeństwo,dla którego opieka nade mną oznaczała
rezygnacje z zabaw na podwórku też nie okazywało entuzjazmu.
Tak wiec,aż tak różni postanowiliśmy spędzić życie
razem.Mężon pewnie w nadzieji,że moje ramiona będą kontynuacją tych matczynych
a ja z oczekiwaniem,że w końcu będę mogła kochać i być kochaną.I nie wychodzi…
Brakuje czułośći,dotyku,poczucia bezpieczeństwa.
Gdy mężon po pracy wraca do domu,ja dostaje buziaka w
przelocie..Potem udaje się do kuchni podac mu obiad a on w tym czasie rozmawia
z rodzicami.
O tym jak im minął dzień.Ja dowiaduje się tyle ile zdołam
usłyszeć przez dwie ściany.
W weekendowe poranki,tak jak dzisiaj,mężon przyzwyczajony
do wczesnego wstawania także nie śpi od kilku godzin,gdy zachodze do kuchni aby
wypić wspólnie kawę nie zastaje go tam…natomiast dochodzą mnie głosy z dużego
pokoju i udaje mi się wyróżnić głosy teściów i ślubnego mego rozprawiających o
naszej przyszłośći.
Czasami nie zdąrzy przede mną uciec i zasiadamy do kawy
wspólnie…dopijamy mniej więcej do połowy,gdy zaczyna być słychac krzątaninie
budzących się państwa X.Wtedy słysze z ust mężonka…Idę pogadać z
rodzicami.Zostaje sama.
Gdy w rodzinie wypada jakas impreza,na którą świętującemu
trzeba kupić prezent zgadnijcie jakie jest moje zaangażowanie?Sięgam zaledwie
do kieszeni po pieniądze,bo to,za co płace wybiera tesciowa.Jako,że otaczamy
się tylko rodziną męża,to teściowa wie najlepiej co kupić,a mąż mój wie,że to
jej trzeba się radzić.
Kazdy nasz dylemat rozpatrywany jest przez teściów…czy to
chodzi o to co kupić cioci Krysi na imieniny,czy jakie szambo będziemy instalować
w naszym domu.Mnie,przy dużej dawce szczęścia,udaje się wypowiedzieć swoje
zdanie jako ostatniej…czesciej nawet nie jestem o nic pytana czy dopuszczana do
rozmowy.
Musze się wykłócać aby zostało wzięte pod uwagę to co
myślę.Akurat to się sprawdza,ale mam już dosyć sprzeczek,wymuszania w ten
sposób rozmowy i zwracania na siebię uwagę.
Chciałabym być najważniejsza.Jak każda żona chyba…Marzy
mi się,aby mężon po powrocie z pracy nie widział świata poza mną..tak chociaż
przez pięć minut.
Abym czuła się jak jego druga połowka a nie piąte koło u
wozu.Aby decyzje podejmowane były przez instytucje naszego małżeństwa a nie
przez całą rodzinę.A wcześniej rozmowa dotycząca danego tematu prowadzona była
między mną a mężem.Chciałabym móc robić zakupy,gotowac obiady,preperowac
desery,prać,prasowac i dbać o naszą prywatność bez udziału teściowej.To
ostatnie jest niby wykonalne,bo jak pójdziemy na swoje to teściowa chyba nie
będzie miała tupetu,ale pewnośći,że mój mąz wracając po pracy nie zajdzie
najpierw do rodziców to nie mam….A jest mu po drodze.
wtorek, 4 marca 2014
Pozorna sielanka
Tak mnie wzieło z samego rana...Z racji niespania.
Owszem,jest kochający mąż,ale czasami wolałabym aby ta miłość wygladała inaczej.Zdrowiem się cieszymy i oby tak dalej,a przede wszystkim aby moje małe rosło zdrowo i przyszło na świat bez komplikacji.Sytuacja finansowa pozostawia wiele do życzenia…chociaż,może bluźnie,bo przecież niebawem przeprowadzimy się do własnego domu.Ale jakie nastawienie może mieć kobieta do tej pory niezależna pod każdym względem,a od kilku miesięcy na łasce teściów i garnuszku u męża.No?Chyba nie ma się co dziwić,że mi się narzekaczka włącza co jakiś czas….
A w domu teściów sielanki nie ma…Ludzie jeszcze młodzi,bo przed sześćdziesiątką,od niedawna emeryci,czyli hulaj dusza piekła nie ma,ale tylko w teorii.Troszkę jakby los ich spotkał nieszczęśliwy,bo szwagierka,córka ich a siostra męża mego,urodziła się chora.To znaczy to jest moja wersja.Bo teściowa twierdzi,że Marzenka urodziła się jako zdrowe i silne dziecko,dostając 10 pkt w skali Agpar,ale szpital i personel zaniedbali i przeziębili dziewczynkę.Stąd objawy typowe dla upośledzenia.Bo Marzenka wygląda jak klasyczny przykład .A zachowuje się jeszcze gorzej.
Teściowie ograniczeni myślowo i zamknięci w swym hermetycznym świecie z powodu córki uczynili jej życie piekłem. Po części swoje też.Kompleks z powodu ich chorego dziecka nakazał im udawać,że wszystko jest w porządku…nie konsultowali się z lekarzami,specjalistami,nie wystarali o jakąkolwiek pomoc medyczną,psychologiczną czy nawet finansową.Dopóki była małym dzieckiem mogli ją ukrywac i tak też czynili,tym samym robiąc tabu z tematu. Moim zdaniem zabawili się jej życiem,chociaż jakby się nie wgłębiać w sytuacje to wygląda to jako desperacki akt miłośći.Czyli są usprawiedliwieni .Koniec końców Marzena w świetle medycznym,prawnym i społecznym jest osobą zdrową.A z praktycznego punktu widzenia wygląda to tak ...Dziewczyna ma prawie trzydzieści lat a jej świat to mały pokoik w mieszkaniu pewnego blokowiska w dużym mieście.Edukacje skończyła na szkole podstawowej…teściowa nie wytrzymała krzywdy jaka działa się jej dziecku i dalej do szkoły nie posłała.Papierek o uczeszczaniu do szkoły zawodowej jednak ma..pewnie drogą jakiś znajomości. Nie oszukujmy się,dziecko z wyglądem charakterystycznym dla dzieci z zespołem down są inne.Wyglądają inaczej,myślą inaczej,żyją inaczej i potrzebują specjalnych warunków rozwojowych.Normalna szkoła to na pewno nie jest dla nich miejsce.Nie wiem jak szła nauka,bo z jej wadą wymowy to wręcz niemożliwe,aby być chociażby przeciętnym uczniem.Dziewczyna wydobywa z siebie bełkot zamiast głosu.Żaden logopeda jej nie widział.Ja mieszkam z nią pod jednym dachem już kilka miesięcy,ale nie rozumiem ani słowa.W sumie ,okazji aby się nauczyć jej języka jest bardzo mało,ale mimo wszystko wypada źle .Więc niech mi tesciowa nie wciska,że Marzenka była przodującą uczennicą!Mogłaby,gdyby znalazala się w odpowiedniej dla siebie placówce!No wiec w szkole kariery nie zrobiła…bo wiadomo.Zamknęli wieć Marzenę w domu.Mama była na zawołanie,bo pracowała na pół etatu dosłownie rzut beretem…ojciec wypruwał sobie flaki by zarobić na utrzymanie rodziny i wychodziło mu to bardzo dobrze.Wracali z pracy,rzucali się w wir obowiązków domowych…po drodze z pracy tesć zdąrzył zrobić zakupy,teściowa zarządziła obiad,przy którym tesć oczywiście pomagał a po zjedzeniu strawy trzeba było poodkurzac,poprać,pokombinować.Marzenka się tylko przyglądała,bo choć zdaniem wlasnej mamusi zdrowa i normalna to po co ma się fatygować.Szybko teściowa przeszła na wcześniejszą emeryture,aby z Marzenką w domu przebywać,bo dziecko przeciez same,a teść nadal nadwyrężał kręgosłup w ciężkiej harówce.No,wtedy to już była bajka dla spółki matka&córka.Codzienne spacery,szczyt marzeń Marzeny,zakupy w super markecie,konsumowanie i rozrastanie się w szerz.Dom wciąż prowadzony był przez żonę i meża,wszelkie obowiązki tez na nich spoczywały,Marzena po dziś dzień nie wie co to słowo oznacza.Pełnoletnią się stała,więc zarejestrowali do biura pracy,aby jakieś tam ubezpieczenie było.O żadną przyszłość dla córki się nie martwili.Po co?Przeciez ma starszego brata,który flaki sobie za granica wyprówa!Przeciez jest rozwiązanie…O sobie tez przyszłościowo nie myśleli…o zabezpieczeniu jakimkolwiek na starość.Ważne,co jest teraz i dzisiaj.Takie własne carpe diem.A syn przecież dom buduje…zmieścimy się wszyscy!Skutkiem takiego podejścia jest obecna sytuacja w której mieszkają w czynszowym mieszkaniu,wydając na opłaty jedną emeryturę a z drugiej żyją.Zero oszczędności,polisy na życie czy chociażby chudziutkiego konta w banku.Na podpaski dla Marzenki w razie czego.Nie wspomnę o chorobie,wypadkach losowych,śmierci czy kalectwie…Co wtedy,gdzie i za co? Gdy pralka się zepsuła to latali ze sraczką po bankach,żeby pożyczkę wziąć.Samochód przejeli po moim mężu,na jego naprawy i utrzymanie płacimy po dziś dzień.Ich nie stać.Ich cichy plan jest taki,ze na starość zwala się nam na kark a w spadku zostawią Marzenę.A mąż tłumaczył…jeszcze jest czas,zróbcie coś…wystarajcie się o rente,jakiś zasiłek..cokolwiek.Na jakiej podstawie padało pytanie.Przeciez Marzenka jest zdrową osobą.No to do roboty pogońcie!Ale jak to?Przecież Marzena jest chora!Odpowiadali.
Owszem,jest kochający mąż,ale czasami wolałabym aby ta miłość wygladała inaczej.Zdrowiem się cieszymy i oby tak dalej,a przede wszystkim aby moje małe rosło zdrowo i przyszło na świat bez komplikacji.Sytuacja finansowa pozostawia wiele do życzenia…chociaż,może bluźnie,bo przecież niebawem przeprowadzimy się do własnego domu.Ale jakie nastawienie może mieć kobieta do tej pory niezależna pod każdym względem,a od kilku miesięcy na łasce teściów i garnuszku u męża.No?Chyba nie ma się co dziwić,że mi się narzekaczka włącza co jakiś czas….
A w domu teściów sielanki nie ma…Ludzie jeszcze młodzi,bo przed sześćdziesiątką,od niedawna emeryci,czyli hulaj dusza piekła nie ma,ale tylko w teorii.Troszkę jakby los ich spotkał nieszczęśliwy,bo szwagierka,córka ich a siostra męża mego,urodziła się chora.To znaczy to jest moja wersja.Bo teściowa twierdzi,że Marzenka urodziła się jako zdrowe i silne dziecko,dostając 10 pkt w skali Agpar,ale szpital i personel zaniedbali i przeziębili dziewczynkę.Stąd objawy typowe dla upośledzenia.Bo Marzenka wygląda jak klasyczny przykład .A zachowuje się jeszcze gorzej.
Teściowie ograniczeni myślowo i zamknięci w swym hermetycznym świecie z powodu córki uczynili jej życie piekłem. Po części swoje też.Kompleks z powodu ich chorego dziecka nakazał im udawać,że wszystko jest w porządku…nie konsultowali się z lekarzami,specjalistami,nie wystarali o jakąkolwiek pomoc medyczną,psychologiczną czy nawet finansową.Dopóki była małym dzieckiem mogli ją ukrywac i tak też czynili,tym samym robiąc tabu z tematu. Moim zdaniem zabawili się jej życiem,chociaż jakby się nie wgłębiać w sytuacje to wygląda to jako desperacki akt miłośći.Czyli są usprawiedliwieni .Koniec końców Marzena w świetle medycznym,prawnym i społecznym jest osobą zdrową.A z praktycznego punktu widzenia wygląda to tak ...Dziewczyna ma prawie trzydzieści lat a jej świat to mały pokoik w mieszkaniu pewnego blokowiska w dużym mieście.Edukacje skończyła na szkole podstawowej…teściowa nie wytrzymała krzywdy jaka działa się jej dziecku i dalej do szkoły nie posłała.Papierek o uczeszczaniu do szkoły zawodowej jednak ma..pewnie drogą jakiś znajomości. Nie oszukujmy się,dziecko z wyglądem charakterystycznym dla dzieci z zespołem down są inne.Wyglądają inaczej,myślą inaczej,żyją inaczej i potrzebują specjalnych warunków rozwojowych.Normalna szkoła to na pewno nie jest dla nich miejsce.Nie wiem jak szła nauka,bo z jej wadą wymowy to wręcz niemożliwe,aby być chociażby przeciętnym uczniem.Dziewczyna wydobywa z siebie bełkot zamiast głosu.Żaden logopeda jej nie widział.Ja mieszkam z nią pod jednym dachem już kilka miesięcy,ale nie rozumiem ani słowa.W sumie ,okazji aby się nauczyć jej języka jest bardzo mało,ale mimo wszystko wypada źle .Więc niech mi tesciowa nie wciska,że Marzenka była przodującą uczennicą!Mogłaby,gdyby znalazala się w odpowiedniej dla siebie placówce!No wiec w szkole kariery nie zrobiła…bo wiadomo.Zamknęli wieć Marzenę w domu.Mama była na zawołanie,bo pracowała na pół etatu dosłownie rzut beretem…ojciec wypruwał sobie flaki by zarobić na utrzymanie rodziny i wychodziło mu to bardzo dobrze.Wracali z pracy,rzucali się w wir obowiązków domowych…po drodze z pracy tesć zdąrzył zrobić zakupy,teściowa zarządziła obiad,przy którym tesć oczywiście pomagał a po zjedzeniu strawy trzeba było poodkurzac,poprać,pokombinować.Marzenka się tylko przyglądała,bo choć zdaniem wlasnej mamusi zdrowa i normalna to po co ma się fatygować.Szybko teściowa przeszła na wcześniejszą emeryture,aby z Marzenką w domu przebywać,bo dziecko przeciez same,a teść nadal nadwyrężał kręgosłup w ciężkiej harówce.No,wtedy to już była bajka dla spółki matka&córka.Codzienne spacery,szczyt marzeń Marzeny,zakupy w super markecie,konsumowanie i rozrastanie się w szerz.Dom wciąż prowadzony był przez żonę i meża,wszelkie obowiązki tez na nich spoczywały,Marzena po dziś dzień nie wie co to słowo oznacza.Pełnoletnią się stała,więc zarejestrowali do biura pracy,aby jakieś tam ubezpieczenie było.O żadną przyszłość dla córki się nie martwili.Po co?Przeciez ma starszego brata,który flaki sobie za granica wyprówa!Przeciez jest rozwiązanie…O sobie tez przyszłościowo nie myśleli…o zabezpieczeniu jakimkolwiek na starość.Ważne,co jest teraz i dzisiaj.Takie własne carpe diem.A syn przecież dom buduje…zmieścimy się wszyscy!Skutkiem takiego podejścia jest obecna sytuacja w której mieszkają w czynszowym mieszkaniu,wydając na opłaty jedną emeryturę a z drugiej żyją.Zero oszczędności,polisy na życie czy chociażby chudziutkiego konta w banku.Na podpaski dla Marzenki w razie czego.Nie wspomnę o chorobie,wypadkach losowych,śmierci czy kalectwie…Co wtedy,gdzie i za co? Gdy pralka się zepsuła to latali ze sraczką po bankach,żeby pożyczkę wziąć.Samochód przejeli po moim mężu,na jego naprawy i utrzymanie płacimy po dziś dzień.Ich nie stać.Ich cichy plan jest taki,ze na starość zwala się nam na kark a w spadku zostawią Marzenę.A mąż tłumaczył…jeszcze jest czas,zróbcie coś…wystarajcie się o rente,jakiś zasiłek..cokolwiek.Na jakiej podstawie padało pytanie.Przeciez Marzenka jest zdrową osobą.No to do roboty pogońcie!Ale jak to?Przecież Marzena jest chora!Odpowiadali.
Nie,już mnie
szlag nie bierze…Szkoda moich nerwów i zatruwania sobie życia…Będzie co
będzie.Osobiście życze im dużo zdrowia i długiego życia.Niech starosć ich nie zaskoczy i nie mają nigdy
potrzeby,aby Marzenka podała im szklankę wody czy też zaopiekowała się w razie
czego…
Ale dopadają mnie
koszmary…nie są w cale takie wydumane czy odległe.Chałupę faktycznie budujemy
dużą.Pomieści wszystkich i boję się,ze będzie kiedyś pełniła funkcje domu
opieki.Przeciez maż, nie będzie miał serca odmówić rodzicom.A może zaistnieć
taka sytuacja,że wyjścia nie będzie i wszystko stanie się z automatu.
Kurwa,już myślę o
rozwodzie.
Mieszkać resztę
życia z teściami…Nie mieć nigdy swojego życia,tylko dzielić go z nimi! I do
konca ta kula u nogi w postaci Marzeny…przecież ona nawet dzień dobry mi nie
odpowiada.Na wieśc o mojej ciąży dostała histerii.Brata też nie uznaje,bo jej
rodziców odbiera..musi się nimi dzielić!Nie rozmawiają ze sobą…to znaczy ona z
nikim nie rozmawia poza matką i ojcem.A przecież jest świadoma tego co ją
czeka,wie że jest na nas skazana.Więc jak mam to odbierać?Że póki nie jest od
nas zalezna to ma nas głęboko w dupie a jak przyjdzie czas,że bez nas nie da
rady przetrwać to pokocha silnym uczuciem i obudzą się w niej ludzkie uczucia?
Bo mam poparcie w przykładach na takie zachowanie…na co dzień ani słowa,a gdy
wypadły jej urodziny i pojawiło się prawdopodobieństwo otrzymania prezentu,to
Marzenki pełno wszędzie i jaka gadatliwa!Albo jak przyjechaliśmy z
zagranicznych wojaży z walizką pełną niespodzianek,to wręcz rzuciała się nam na
szyję.A wczoraj gdy znalazłyśmy się w tej samej kuchni,to z prędkością światła
opuściła jej mury nabijając sobie ze dwa siniaki po drodze,bo w pędzie o
futrynę drzwi zahaczyła!Wyrachowana ,rozpieszczona egoistka!Tyle,że nie winie jej a raczej rodzicielkę.Nie wiem jak
ta kobieta po tym jak wyrządziła taką krzywdę własnemu dziecku może spac
spokojnie.A teść?Niepozorny,cichutki,schowany pod pantoflem żony,bo tak
wygodnie!Żygać mi się chce!Mają jeszcze tupet wciskac nam,że Marzenka w razie ich śmierci dostanie zasiłek.Na jakiej podstawie pytamy?A teściowa przewracając oczami odpowiada,że z racji tego,że nigdy nie podjęła pracy!HaHaHa!No nie wiedziałam,że państwo polskie tak honoruje nierobów w tym kraju!
Subskrybuj:
Posty (Atom)